16. PZU Cracovia Maraton

16. PZU Cracovia Maraton

16 PZU Cracovia Maraton za nami. Wczoraj wykonaliśmy pierwszy z pięciu kroków do Korony Maratonów Polski. Krok był to potężny bo zakończony dwoma życiówkami. Nasze nowe rekordy na dystansie 42,195 kilometrów wyglądają tak:

Asia – 04:25:42 (rekord poprawiony o prawie 15 minut!)

Mateusz – 03:49:23 (rekord poprawiony o 1,5 minuty)

Uzyskany czas cieszy mnie niesamowicie, jednak jeszcze większą satysfakcją i dumą napawa mnie fakt, że przez cały dystans ani razu (!) się nie zatrzymałam, ani nie przeszłam do marszu. Ani razu! Całe 42,195 kilometrów pokonałam biegiem. Non stop. Od startu do samej mety. Nawet na punktach odżywczych.

W dużej mierze, mój wczorajszy sukces zawdzięczam chłopakom, którzy prowadzili grupę na czas 04:30:00. Ich zadaniem było narzucenie takiego tempa i kontrolowanie go, abyśmy dotarli na metę po 4,5 h. Maciek, Grzesiek (i grupo, z którą przebiegłam ten dystans) dziękuję! Dzięki Wam nie biegłam tego dystansu samotnie. Z Wami w grupie biegło się dużo przyjemniej. Poczułam to szczególnie od 35 kilometra, kiedy „urwałam się” sama do przodu. Te samotne 7 kilometrów było najcięższymi z całego wczorajszego maratonu.

Wczorajszy bieg był dla nas w pewnym stopniu wyjątkowy. Wyjątkowy ze względu na kibiców. Naszych „osobistych” kibiców, którzy do Krakowa przyjechali specjalnie dla nas. Tak naprawdę po raz pierwszy nasi najbliżsi czekali rozstawieni na trasie biegu. Uwierzcie nam lub nie, ale widok Rodziny i Przyjaciół na 8, 19 czy 26 kilometrze potrafi zdziałać cuda. Potrafi tak zmotywować, że na moment zapomnisz o bólu. Dostajesz wtedy niesamowitej energii, bo ktoś krzyczy Twoje imię, dopinguje i wiesz, że czeka na Ciebie na mecie.

Na brawa z resztą zasługują wszyscy kibice wspierający i dopingujący zawodników na Rynku Głównym. To tam zlokalizowana był start i meta maratonu. Wbiegając na rynek można było doznać szoku. Niesamowity huk, oklaski, krzyki, gwizdy – takiego dopingu na mecie nie doświadczyliśmy jeszcze nigdzie. Brawo Kraków!

A tak poza tym co czekało na nas jeszcze na mecie? Ból. 🙂 Ogromny, opanowujący całe ciało ból. Taki, przy którym nie wiesz czy lepiej stać, położyć się, czy usiąść. Taki, który ciężko w jakikolwiek sposób opanować. Trwa dobre kilkanaście minut. Potem jedynie ciężko się chodzi. 🙂

Dzisiaj, niestety ten ból jest z nami również. 🙂 Inny niż wczoraj, ale bardzo doskwierający. Taki, że wstajesz z łóżka i nie potrafisz zrobić kroku. Bolą wszystkie mięśnie nóg. Od samych kostek, aż po tyłek. Ze schodów nie da się dziś schodzić inaczej niż tylko tyłem. 🙂 Ale tak szczerze? Myślę, że ani ja ani Mateusz byśmy tego bólu dziś Wam nie oddali. Nie oddalibyśmy, bo ten ból waśnie przypomina nam, że wczoraj dokonaliśmy czegoś wielkiego. Przebiegliśmy maraton.

Myślę, że nie tylko mnie wczoraj w trakcie biegu przez głowę przemykało pytanie „Po co Ci to? Po co tyle się męczysz?”. Chyba tylko po to, żeby coś sobie udowodnić, przesunąć kolejne granice i spełnić marzenia. W ten sposób zrealizowaliśmy swój cel do którego dążyliśmy miesiącami. Miesiącami wyrzeczeń, treningów i potu. Doszliśmy do tego sami. Nikt nam nie dał tego za darmo, nikt nam w tym nie pomógł. To jest największa wartość maratonu czy każdego innego pokonanego biegu. Do wszystkiego musisz dojść sam/sama. I tutaj należą się brawa wszystkim tym, którym się chciało, którym się udało.

Maratończycy – gratulujemy!

Asia

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *