26. Lattelecom Riga Marathon, Łotwa – część II

26. Lattelecom Riga Marathon, Łotwa – część II

Stolica Łotwy przywitała nas bezchmurnym niebem i wysoką temperaturą. Hotel, w którym mieliśmy spędzić najbliższe cztery noce, znajdował się około pięciu km od dworca autobusowego. Jak się okazało, Ryga ma świetnie zorganizowany transport publiczny, czego niektóre polskie miasta mogą jej zazdrościć. Możecie porzucić tutaj samochód. W każdy zakątek miasta dojedziecie za pomocą autobusu, trolejbusu, bądź tramwaju w sposób szybki i komfortowy, a przede wszystkim niedrogi. A jak już piszę o pieniądzach, to ceny w sklepach są na optymalnym poziomie i do zaakceptowania przez turystów. Pierwsze wrażenie – naprawdę dobre!

Zwiedzając Rygę zaskoczył nas brak informacji na temat tego, że ma się w tym miejscu odbyć największa impreza biegowa w tym regionie Europy. Plakatów jak na lekarstwo, nie mówiąc już o billboardach, czy flagach powiewających w centrum miasta. Czy aby na pewno organizowane są tutaj biegi dla 30 000 osób?

Drugiego dnia postanowiliśmy odebrać nasze pakiety startowe. Jak to podczas większych imprez biegowych, nie zabrakło Expo, czyli wystawy, na której firmy, stowarzyszenia, instytucje związane ze środowiskiem biegowym reklamują swoje produkty. Przechodząc pomiędzy stoiskami rzucił nam się jeden… z maratonem w Wilnie. We wrześniu. No i półmaraton w tym samym czasie jest… Ok, skupmy się na razie na Rydze. 😉

Odbiór pakietów startowych odbył się bardzo płynnie. Wszyscy wolontariusze swobodnie porozumiewali się w języku angielskim, panował pełen profesjonalizm, a przy okazji serdeczne nastawienie do startujących – coraz bardziej nam się tu podobało!

Tego samego dnia postanowiliśmy jeszcze wziąć udział w Paradzie Narodów, czyli około 2-kilometrowego marszu, którego trasa zaczynała się spod Pomnika Wolności w centrum miasta, a kończyła przy Zamku Ryskim, gdzie znajdowała się linia startu biegu. W strugach deszczu, trzymając barwy narodowe nad naszymi głowami, ruszyliśmy w trasę wraz z innymi zawodnikami z 65 krajów z całego świata. W końcu poczuliśmy tę atmosferę! Nareszcie coś się dzieje! Parada Narodów była dla nas całkowitą nowością. Każdy kraj miał swojego chorążego ubranego w łotewski strój ludowy. Maszerując przez Rygę czuliśmy się jak olimpijczycy podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Wiwatujący tłum i my, w samym centrum zainteresowania. Niebywałe! To właśnie Parada Narodów charakteryzuje maraton w Rydze. Jest to prawdopodobnie jedyna taka defilada w Europie organizowana dzień przed startem zawodów.

Mokrzy, zziębnięci, ale bardzo szczęśliwi i naładowani pozytywną energią wróciliśmy do hotelu, by wieczór spędzić na odpoczynku przed najważniejszym dniem w moim życiu…

Miałem ogromne obawy czy nie odnowi mi się kontuzja stopy. Czy dam w ogóle radę przebiec 42,195 km? Największy dystans który udało mi się pokonać podczas przygotowań to przecież zaledwie niecałe 27 km… Stresowałem się jak diabli.

Było pochmurno, ale na szczęście nie padało. Temperatura około 12-15 stopni. Idealna dla mnie. Zawodników jak mrówków. Nigdy nie widziałem tylu biegaczy ściśniętych w jednym miejscu. Musieliśmy z Aśką ustalić miejsce spotkania po zakończonej imprezie. Odnaleźć się pośród takiego tłumu bez wcześniejszego wyznaczonego miejsca to jak szukać igły w stogu siana.

Minuta do startu. Ja z przodu, Aśka kawałek dalej w tyle. Żołądek podszedł mi do gardła.

„Oby nie odnowiła się kontuzja.”, „Byle spokojnie dobiec do mety.”, „A może tak to olać? Po co się tak męczyć?” „NIE! Startuj gamoniu.”

10 sekund do startu.

„Koniec, teraz już się nie wymigam.”

3…2…1… Wystrzał z pistoletu i głośne „Good luck!” z megafonu.

I… stoję… No tak. Zanim cały tłum się rozrzedzi, minie parę minut. Ścisk jak na targu w sobotni poranek. Ok, w końcu się udało, coś się poruszyło. „Biedna Asia, zanim wystartuje minie godzina…”.

Poszli!

No więc tak. Najbliższe cztery godziny spędzę sobię biegając. Ten kto to wymyślił musiał być na prochach. Ja, bez żadnej muzyki, żadnego telefonu, żadnego Endomondo, Instagrama, Fejsbuka, Jutuba, Audiobuka, nic! Kiedyś próbowałem, ale plątające się kable po szyi i rękach dosyć szybko mnie zniechęciły. Postanowiłem więc, że będę podziwiał otoczenie, zwłaszcza , że czasu na zwiedzanie mieliśmy stosunkowo mało.

Sama trasa była średnio-wymagająca. Podbiegów kilka, niektóre strome, ale bez przesady. Głównie asfalt, czasami kostka, rzadko żwir. I te pachołki oznaczające ilość przebiegniętych do tej pory kilometrów. Kończycie 5 kilometr, a za 200 metrów pojawia się kolejny pachołek – 35 km. I myślicie sobie – „za 30 km będę tu z powrotem”. Za 30 km!!! To jakiś żart…

Ponad połowa maratonu – 23 km. Wbiegam ponownie na promenadę główną, gdzie ustawiony był start, a zarazem meta królewskiego dystansu. Widzę Asię, uśmiechniętą, już po swojej „połówce”. Krzyczy do mnie, napędza do działania, motywuje. A ja sobie myślę – „No wszystko pięknie, ale kur… jeszcze drugie tyle…”. Pamiętam, że zdążyłem krzyknąć w jej stronę tylko „Nie mam już sił!”. Notabene, zaraz po półmaratonie, Asia wrzuciła swoje zdjęcie na fejsbuka podpisując je „Meta w Rydze ze mną 🙂 Mateusz na 23 km mówił, że się nudzi 😀 Mój Mistrz <3”. Wyobrażacie sobie? „SIĘ NUDZI”. Całe szczęście, że te zdjęcie zobaczyłem dopiero wieczorem tego samego dnia. Kolejny argument, by nie brać telefonów na zawody!

Druga pętla różniła się od pierwszej. Trasa biegła innymi szlakami, poznałem kolejne zakątki stolicy Łotwy. Zbliżałem się powoli do końca. No i niestety, zaczęło brakować sił. Odezwał się brak porządnego przygotowania. Bolało mnie wszystko – brzuch, plecy, ręce (o nogach nie wspominam, bo to oczywiste). Co dziwne, stopa funkcjonowała znakomicie. To Ci niespodzianka.

Na trasie zatrzymałem się około 7 razy. Byłem wykończony. Wiele można usłyszeć o tzw. „ścianie maratońskiej”. Wiedziałem, że się z nią zmierzę prędzej czy później. Zła obrana taktyka, zbyt wysokie tempo na początku, nieciekawa forma biegowa (aktualna dyspozycja startowa) – „ściana” murowana. Cały organizm powiewał już wysoko białą flagą. „Stary, daj już spokój, nie wyrabiamy” – błagały kończony dolne. Zostało około 6 km. Naprawdę blisko końca tego piekła!

Z pomocą przyszli niezawodni, jak zwykle, kibice. Atmosfera na biegu odgrywa kluczową rolę. Chcecie w to wierzyć czy nie, ale doping daje kopa. Wielu Polaków stojących przy barierkach, widząc biało-czerwone barwy na rękawach mojej koszulki oraz imię wydrukowane na plecach, motywowało mnie do ostatniego podrywu. Wbiegłem na metę ostatkami sił, wykrzesałem z siebie dosłownie wszystko. Zrobiłem to. Ukończyłem maraton. Patrzę na zegarek – 3 godziny 50 minut. „TAK JEST!”. Mimo kontuzji, mimo kilkukrotnego zatrzymania się na trasie, mimo bardzo przeciętnego przygotowania się, udało mi się wycisnąć wynik o jakim mogłem tak naprawdę pomarzyć.

Padłem. „Nigdy więcej”, „Nie mam zamiaru ponownie się tak katować”, „Nigdy już tego nie zrobię”.

Marzyć, a realizować marzenia to dwie różne sprawy. Potrzeba chęci, ciężkiej pracy, wytrwałości, samozaparcia. Samo nic nigdy w życiu do Was nie przyjdzie. Jest takie powiedzenie, który powinien znać każdy biegacz – „Ból jest przejściowy, duma trwa wiecznie”. Powiedzenie, które powtarzałem sobie przez następne kilka dni po ukończeniu swojego pierwszego maratonu. 😉

Ja, wciąż kilka marzeń mam jeszcze do zrealizowania, więc zaczynam się brać do roboty! 🙂

Mateusz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *