39. PZU Maraton Warszawski

39. PZU Maraton Warszawski

39. PZU Maraton Warszawski za nami.

Był to nasz pierwszy (i na pewno nie ostatni!) maraton w stolicy Polski.

Moje oczekiwania względem startu w Warszawie były duże. Celem było nie tylko ukończenie biegu i zrobienie drugiego kroku w kierunku korony maratonów Polski, ale także poprawienie swojego dotychczasowego rekordu – 04:25:42. Niestety, jak to w życiu bywa nie wszystko poukładało się tak jak to sobie wyobrażałam. Plany posypały się cztery tygodnie przed startem. Najpierw kontuzja stawu skokowego, ponad tydzień niebiegania, potem choroba, a na koniec 10 dni przed startem 39cio stopniowa gorączka. Wszystko to sprawiło, że najważniejszym celem stało się zwykłe ukończenie biegu.

Stając w niedzielę na starcie nie wiedziałam czego tak naprawdę mogę się po sobie spodziewać i na co stać mój organizm. Ustawiałam się więc w strefie startowej na 4h 30minut i postanowiłam, że będę trzymać się pacemakera prowadzącego biegaczy na ten czas, a jeśli zdrowie pozwoli to w okolicach 35 kilometra „urwę się” do przodu.

No i się urwałam. Na 22 kilometrze 🙂 . Do tego czasu nie wiem kiedy minęły mi te ponad dwie godziny biegu. Były rozmowy, motywowanie, była muzyka z wozu Spartan biegnących dla dzieciaków. W stawie skokowym czułam tylko lekkie ukłucia, łydka tylko trochę pobolewała, tempo nie męczyło – jednym słowem bieg idealny.

Nie wiem co na tym 22 kilometrze przyszło mi do głowy, ale postanowiłam sobie to wszystko utrudnić 🙂 . Z koleżanką Agą urwałyśmy się do przodu. Początkowo tylko kilka kroków przed grupą biegnącą na 4h 30min, z czasem jednak co raz bardziej nasza przewaga rosła. Na 28 kilometrze nie widziałyśmy już za sobą naszej znajomej grupy. Na 35km nasze tempo było o prawie minutę szybsze niż początkowo zakładane, a na 38 kilometrze biegłyśmy już tak szybko, że chciałam stanąć i płakać.

No właśnie. Co trzeba mieć w głowie, żeby w takim momemcie nie zrezygnować lub chociaż tylko zwolnić? Do teraz się nad tym zastanawiam 🙂 . Na tym etapie biegu jedyne co przeliczałam sobie w głowie to to ile zostało mi kilometrów i jak szybko muszę biec, aby poprawić swój czas. Okazało się, że mogę nawet zwolnić!!! Nie muszę już gnać tempem 5:30 minut na kilometr a i tak pobiję swój dotychczasowy rekord. Nie muszę…a i tak gnałam…

Obok gnała ramię w ramię Aga. Tak naprawdę myślałam wtedy, że gnam tylko dzięki niej, że jeśli tylko zwolnię to zwolni i ona, co pogorszy jej czas. Sęk w tym…że Aga myślała tak samo… 😀 Jednak o tym dowiedziałam się dopiero na mecie. Dzięki temu, że jedna drugą tak bezgłośnie wspierała obie poprawiłyśmy swoje rekordy 🙂 .

W tym samym czasie od czterdziestu minut na mecie odpoczywał Mateusz. Również nieprawdopodobnie zmęczony, również z nowym rekordem na królewskim dystansie. Rekordem poprawionym o prawie 7 minut!

Jednym słowem ten bieg był dla nas rewelacyjny. Piszę to mimo ogromnego bólu i problemów z chodzeniem. Mimo dziwnych spojrzeń przechodniów, kiedy na dworcu w Katowicach schodzę ze schodów tyłem :D.
Oni nie rozumieją, ale to jest Maraton.

Na koniec dodam, że wszystkim organizatorom za ten bieg należą się ogromne brawa! Perfekcyjna organizacja. Jeśli chcecie kiedyś pobiec jakiś maraton polecamy ten w Warszawie! 🙂

Nasze nowe rekordy na dystansie 42,195km:
Asia: 04:22:08
Mateusz: 03:42:15

Asia

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *