8. Mazda Półmaraton Ślężański

8. Mazda Półmaraton Ślężański

 

8. Mazda Półmaraton Ślężański odbył się 21 marca 2015 roku i miał być dla nas pierwszym z pięciu biegów zaliczanych do Korony Półmaratonów Polski. Miał być dla nas również rozpoczęciem sezonu biegowego. Sezonu, w którym cel był tylko jeden – przebiegnięcie 5ciu z 12stu najbardziej prestiżowych półmaratonów w Polsce oraz zdobycie Korony. Plany były poważne, jednak już na początku wszystko zaczęło się sypać. Z powodu przedłużającej się choroby i zapalenia ucha Mateusz zmuszony był zrezygnować ze startu. Podjęcie tej decyzji wiele go kosztowało jednak wspólnie uznaliśmy, że bieganie na silnych antybiotykach i lekach przeciwbólowych jest po prostu głupie i nieodpowiedzialne. No dobra… ale co ze mną? Tutaj też po wielu rozmowach doszliśmy do wniosku, że szkoda zaprzepaszczać wielu tygodni moich przygotowań – miałam pobiec w Sobótce!

Półmaraton Ślężański był dla mnie szczególny. Nie tylko ze względu na fakt, iż zaczynał on naszą walkę o Koronę, ale również, a raczej przede wszystkim ze względu na jego trudność. Sobótka, a więc miejscowość, w której rozgrywany jest ten bieg znajduje się w województwie dolnośląskim i leży u stóp Masywu Ślęży. W związku z tym trasa półmaratonu jest mocno „pofałdowana”. Długość wszystkich podbiegów wynosi 9,3km! Najdłuższy podbieg na Przełęcz Tąpadła znajduje się między 7 a 9 kilometrem i liczy sobie 2,1km! Czytając te wszystkie dane ze strony organizatora biegu zastanawiałam się po co w ogóle ja się w to pakuję… Można było wybrać przecież inny, łatwiejszy bieg zaliczany do Korony Półmaratonów Polski… Gdyby tego było mało pół godziny przed startem jeszcze większego stracha napędzili mi koledzy z Fundacji – ale o tym za chwilę. 🙂

Profil trasy – zdjęcie ze strony www.polmaratonslezanski.pl

Profil trasy – zdjęcie ze strony www.polmaratonslezanski.pl

Do Wrocławia z Mateuszem przyjechaliśmy dzień wcześniej, w związku z tym w sobotę wczesnym rankiem wyruszyliśmy do oddalonej o około 35 kilometrów Sobótki. Udało nam się uniknąć największego ruchu, więc na miejsce dotarliśmy dość szybko. Gdyby jednak ktoś z Was w przyszłym roku wybierał się tam na bieg, pamiętajcie, że drogi dojazdowe bardzo korkują się już na półtorej godziny przed biegiem. 🙂 Tyle o dojeździe. Będąc już na miejscu już od samego początku można było zauważyć dobre przygotowanie organizatorów. Zadbali oni nie tylko o bardzo duży parking, ale także o dobrze zorganizowane biuro zawodów, wygodne koszulki startowe 🙂 oraz dobre oznaczenia miejsca startu, gdzie biegaczy rozgrzewali już muzycy orkiestry dętej Polskiej Policji.

Jako, że był to tak wymagający bieg oraz pierwszy w tamtym sezonie (a drugi w życiu) mój półmaraton, wyznaczyłam sobie jasny cel – dobiec do mety przed upływem dwóch godzin. Chwilę przed startem pomyślałam jednak, że taki cel może być bardzo odległy, a wręcz śmieszny. Gdy do rozpoczęcia biegu pozostało 30 minut ja właśnie dowiedziałam się, że podbieg między 7 a 9 kilometrem to jeszcze nie najgorsze co może mnie czekać na trasie… Marcin i Marek, czyli fundacyjni koledzy biorący już wcześniej udział w Półmaratonie Ślężańskim zaczęli przestrzegać mnie o kolejnych podbiegach! Zaraz, zaraz! Ale jakich?! Przecież na profilu trasy widać, że nie ma nic gorszego od podbiegu na Przełęcz Tąpadła! A no nie ma… nie ma WIĘKSZEGO podbiegu, ale czekające na mnie górki na 18 i 20 kilometrze mogły odebrać zarówno siły jak i chęci do dalszego biegu. Podobno to na 20 kilometrze ludzie najczęściej odpuszczali bieg i przechodzili do marszu… Tak „podbudowana” ruszyłam na trasę i dość szybko przekonałam się, że Półmaraton Ślężański to nie przelewki. Do drugiego kilometra trasa tylko pięła się w górę… W sumie o tym, że znajduję się na odcinku najgorszego podbiegu zorientowałam się dopiero gdy minęłam połowę jego długości (około 1km). Przekonałam się jednak o tym dobitnie, gdy po uzupełnieniu płynów spojrzałam przed siebie. Ponad kilometr podbiegu… Odechciało się wszystkiego. Przez głowę zaczęły przebiegać myśli o tym, aby zwolnić i ostatecznie przejść do marszu. Gdy już miałam to zrobić obok mnie dość dziarskim krokiem przebiegła pewna Pani… Pani, w wieku około 75 lat, która z powodzeniem mogłaby być moją babcią… Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i pognała dalej. Pomyślałam sobie, że nie mam co narzekać i rozczulać się nad sobą, skoro Pani starsza ode mnie o około 50 lat tak daje sobie radę! W końcu na numerze startowym widnieje moje motto, że „mogę wszystko!”. Ten jeden uśmiech dał mi siły na następne 10 kilometrów. Tam, na 18 kilometrze czekał na mnie kolejny podbieg, który o dziwo dość łatwo udało mi się pokonać. Gorzej było 2 kilometry dalej, jednak tam towarzyszyła mi już tylko myśl o tym, że zaraz koniec… I faktycznie, przede mną ukazał się około 800-metrowy zbieg, zakręt, a za nim już meta. Zerknęłam na zegarek i pognałam co sił w nogach. Była szansa, że złamię magiczne 2 godziny. Zaczęło jednak brakować sił… Chyba za szybko zaczęłam finiszować. Nie dawałam już rady i nagle… słyszę z magafonu ogłuszające „Asiaaaa dawaaaaaaaj!!!”. Artur, nasz Prezes Fundacji z megafonem i flagą czekał na mnie 200 metrów przed metą. Jego doping sprawił, że wstąpiły we mnie nowe siły. Przestało się liczyć zmęczenie, liczyła się tylko meta i to, żeby zakończyć bieg (również dlatego, że Artur biegł ze mną i krzyczał mi przez megafon do ucha :)). Wpadłam na metę, zatrzymałam zegarek i wtedy na niego zerknęłam… JEEEEST!!! Mój czas to 01:59:19 !!!! Udało się!! W tak ciężkim biegu złamałam 2 godziny! Kosmos, oczywiście się popłakałam. 🙂

Gdyby nie ten doping na ostatnich metrach pewnie nie zmieściłabym się w 2 godzinach. Niby nic by się nie stało, ale jednak taki wynik, w tak ciężkim dla mnie biegu, bardzo mnie podbudował. Był też dobrym prognostykiem na zbliżające się biegi zaliczane do Korony.

Asia

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *