Grand Prix Lviv Half Marathon

Grand Prix Lviv Half Marathon

Tym razem przemierzyliśmy 440 kilometrów i wybraliśmy się na Ukrainę.

Półmaraton we Lwowie miał być naszym 60 oficjalnym startem w zawodach biegowych. Od samego początku założyliśmy, że będzie to bieg rozrywkowy. Bez konkretnych celów, wymagań czasowych, bez „spiny”. Ot, po prostu chcieliśmy sprawdzić jak się biega u naszych wschodnich sąsiadów.

Trzeba przyznać, że w organizowaniu biegów Ukraińcom daleko jeszcze do  nas, Polaków. Pakiety startowe nie zachwyciły (właściwie nie było w nich nic), informacje na temat biegu można było znaleźć tylko w języku ukraińskim (sorry, ale nie ogarniamy cyrlicy), a już o czymś takim jak „pasta party” można było tylko pomarzyć.

Sam bieg dla nas okazał się trudny. Możemy tylko cieszyć się, że tym razem nie nastawaliśmy się na osiągnięcie konkretnego czasu.
Trasa biegu (z licznymi DUŻYMI podbiegami) to ponad 19 kilometrów kostki brukowej, w dodatku nierównej i bardzo „przerzedzonej”. Serio, może tylko na dwóch kilometrach doświadczyliśmy równego asfaltu. Z tego powodu prawie całą trasę biegu pokonaliśmy… po chodnikach :D. Na to samo zdecydowali się inni uczestnicy biegu, przez co czuliśmy się trochę jak na treningu. Dodatkowo wśród uczestników nie spotkaliśmy nikogo na wózku inwalidzkim czy z wózkiem dziecięcym – i wcale się nie dziwimy, naprawdę nie wiemy jak ktoś taki dałby sobie radę na takiej trasie.

Jakby tego było mało nie dopisała też pogoda. Generalnie biegamy o każdej porze roku, więc nie straszny nam ani deszcz, ani chłód. Jednak to co się działo we Lwowie to już lekka przesada. Najpierw przenikliwe zimno, potem wiatr taki, że głowę by urwał, a od 15 kilometra oberwanie chmury i ulewa, która powodowała powstawanie jeziora w butach. No po prostu bajka

Mały minus stawiamy również organizatorom w kwestii zabezpieczenia medycznego. Pierwszy raz zdażyło nam się, że musieliśmy na trasie udzielać pomocy innemu biegaczowi. Młody facet zasłabł i uderzył głową o krawężnik – brzmi groźnie jednak na szczęście nic takiego się nie stało, ale samo czekanie na karetkę zajęło trochę czasu. Strach pomyśleć, gdyby byłoby to coś poważniejszego.

Nie myślcie jednak, że cały ten półmaraton spisujemy na straty. Nie, nie, nie!
Oczywiście pozytywnie zaskoczyli ludzie, m.in. młoda Ukrainka Galina, która z rozbrajającym akcentem mówiła o nas „moje Polaki”. Galina biegła z nami od 13 kilometra, opowiadając o mijanych zabytkach miasta.
Egoztycznie zrobiło się za to na punktach odżywczych, gdzie podawano…herbatę. Początkowo myślałam, że jaja sobie z nas robią, kiedy wolontariusze z kubeczkami w dłoniach niczym Ciocia Stasia z Klanu krzyczeli „Czaj! Zaparzony czaj!”. Jednak to nie były żarty, herbatą faktycznie częstowano. 🙂

Jako, że nie nastawialiśmy się na konkretne osiągnięcia, w ogólnym rozrachunku lwowski półmaraton możemy zaliczyć jako udany!
Zimny, wietrzny, wschodni – baaardzo egzotyczny. 🙂

Asia

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *